W zasadzie od chwili kiedy przyjechaliśmy na visning wiadomo było, że oprócz planowania całego przedsięwzięcia jakim jest budowa domu, cały wolny czas do końca tego roku (2015) spędzimy na pieleniu, wycinaniu i karczowaniu. Niby robota strasznie monotonna ale dająca na koniec każdego dnia mnóstwo satysfakcji. Skąd ta satysfakcja? Ano z tego, że w bardzo zauważalny sposób zmienia się wygląd dzałki. Bo mowa jest o wycinaniu samosiejek dębów, jarzębiny i innych drzew, które osiągnęły niejednokrotnie 2-3 metry wysokości. Do tego dochodzą takie niespodzianki jak odkrycie w wykarczowanych krzaczorach całkiem efektownego murku czy totalnie zarośniętych leśnym runem schodów prowadzących praktycznie od poziomu drogi aż pod większy domek. Po każdym dniu spędzonym pracowicie na działce widać więcej i więcej. Dzięki temu już wiemy jak idą rury doprowadzające wodę do naszej działki oraz gdzie są umiejscowione wszystkie zawory odcinające. I to nie jest tylko nasze wrażenie. Sąsiedzi sami z siebie potrafią przyjść i pochwalić że od dwudziestu lat działka nie wyglądała tak dobrze... A my przecież dopiero się rozkręcamy ;) Z powodu braku prądu wszystko robimy ręcznymi narzędziami: sekator (duży do gałęzi), piła do podcinania gałęzi, siekiera, szpadel. Największą nagrodą jest jednak, wyłaniający się coraz bardziej, widok na położone 150 metrów dalej jezioro. Gabrysia zajęła się również samą skałą, która stanowi bardzo ładne urozmaicenie półki-wypłaszczenia, na którym postawione są wszystkie obecne budynki. Usunięcie kilkucentymetrowej warstwy złożonej ze starego, poczerniałego mchu, kilkuletniego igliwia i liści wyraźnie poprawiło wygląd naszych skałek. Nie mogę się doczekać, kiedy wjadę tam z karcherem ;)